Wieczór wspomnień o biskupie Tadeuszu Kusym OFM w 1. rocznicę jego śmierci

„Gdy wyjeżdżał po raz pierwszy do Zairu, nasza mamusia bardzo to przeżywała. Płakała i mówiła: Tadziu, a co będzie, jak tam umrzesz? A on się uśmiechnął i powiedział: Mamusiu, no to mnie tam pochowają” – wspominała wieczorem 30 marca 2025 r. w cieszyńskim Domu Narodowym w Cieszynie Maria, rodzona siostra zmarłego przed rokiem bp Tadeusza Kusego. Wieczór wspomnień związany z pochodzącym z Cieszyna biskupem środkowoafrykańskiej diecezji Kaga-Bandoro poprzedziła Msza św. w kościele św. Marii Magdaleny, podczas której bp Roman Pindel poświęcił specjalne epitafium upamiętniające postać misjonarza.

Uczestnikami wieczoru wspomnień były m.in. rodzone siostry biskupa Kusego, bp Roman Pindel, współbracia zakonni, s, elżbietanka s. Cyryla oraz kolega szkolny Andrzej Stefan. Wydarzenie uświetnił śpiew chóru studentów z Nigerii.

Przywołano anegdoty, dzielono się osobistymi wspomnieniami, podejmowano poważną refleksję związaną z zakończoną przedwcześnie posługą biskupa-franciszkanina.

„Pamiętam jak dziś, kiedy za szkołą, gdzie Tadek mieszkał z rodziną, była próba generalna przed poranną Mszą św. Pamiętam jak dziś tak samo, jak pamiętam Cycerona i Owidiusza. Ale nie tylko to. Tadek zawsze był sumienny i pełen zapału. Nawet gdy czasami bywało ciężko, nigdy nie narzekał. Służba przy ołtarzu była dla niego czymś więcej niż obowiązkiem – to była prawdziwa radość i misja” – wspominał kolega szkolny.

Nie zabrakło również refleksji na temat późniejszej drogi życia biskupa Tadeusza. Jego misjonarskie powołanie, skromność i oddanie innym starali się przybliżyć kolejni mówcy. Współbracia biskupa oraz jego bliscy podkreślali jego dobroć, pokorę i gotowość do niesienia pomocy każdemu, kto tego potrzebował.

Wspomnienia siostry biskupa Tadeusza przywołały obrazy z dzieciństwa: „Pamiętam, jak miał cztery lata, a ja sześć. Wyciągał cedzak, klękał na kolana i mówił: Jestem ksiądz, jestem ksiądz. I błogosławił nas tym cedzakiem. Bo zauważył w kościele monstrancję, a to miało mniej więcej taki kształt. Mama, gdy to zobaczyła, stwierdziła, że to profanacja, i schowała cedzak. Od tego czasu ziemniaki cedziliśmy przez pokrywkę” – wspominała jedna z dwóch starszych sióstr bp Kusego.

Wiele osób podkreślało, że choć odszedł, to bp Kusy nadal pozostaje obecny w sercach tych, którzy go znali. Jego siostra zauważyła, że zamiast modlić się za niego, powinniśmy modlić się do niego, wierząc, że teraz wstawia się za nami z nieba:

„W domu nas uczyli, że wszyscy ci, co poszli do nieba, to są święci, mimo że nie są wyświęceni. I Marysia właśnie powiedziała: Trzeba się modlić nie za niego, tylko do niego. Bo Tadziu na pewno słyszy nas i wspiera. Wierzę, że jest blisko nas, tak jak był za życia” – zapewniła.

Maria, siostra biskupa, która uczestniczyła w pogrzebie brata w Kaga-Bandoro, także podzieliła się refleksją.

„Mam dużo wspomnień z jego przyjazdów na urlop. Kiedy wyjechał na misje, najpierw do Zairu, to na pierwszy urlop wrócił dopiero po 3,5 roku. Później przyjeżdżał co trzy lata. A gdy został biskupem, widywaliśmy się już co rok. Bardzo cieszył się na te nasze spotkania w domu rodzinnym. Nawet czasem żartował, że jestem jego doradczynią urlopową, bo starałam się tak dopasować jego plan, żeby jak najwięcej czasu spędzał w domu i choć trochę odpoczął. Ale on nigdy nie miał na to czasu – drugi człowiek był dla niego najważniejszy” – opowiedziała.

„Z każdym musiał porozmawiać. Gdziekolwiek szliśmy, jeszcze tu się zatrzymał, jeszcze tam. Zaraz przyjdę, już idę na obiad, ale jeszcze ten prosi o rozmowę, jeszcze temu chcę powiedzieć słowo. To było dla niego męczące, ale nie dbał o siebie. Na ostatnim urlopie zasłabł. Mimo złego samopoczucia ubierał się i chciał iść na Porcjunkulę, do sióstr. Ale tym razem postawiłam na swoim. Powiedziałam, że nigdzie nie pójdzie. Zadzwoniłam na pogotowie, bo było już bardzo źle, był wyczerpany” – kontynuowała.

„Po wyjściu ze szpitala lekarze zalecali dalsze leczenie w Polsce. To były trudne rozmowy. Nie potrafiłam go przekonać – tam, w Afryce, czekali na niego ludzie. Mówił, że musi wracać, że ma jeszcze tyle do zrobienia. Powtarzałam mu: Tadziu, po ludzku mówiąc – jak umrzesz, to przyjdzie ktoś następny i ty już nic nie zrobisz. Jedź zdrowy, bo tam chorym ludziom nie pomogą. Tam tylko trochę cię podleczą, żebyś mógł wrócić do Europy. Ale on nie chciał ” – wspominała..

„Żył w trudnych warunkach, naprawdę trudnych. Gdy pojechaliśmy na jego pogrzeb razem z ojcem Widawą i Dymitrem, zobaczyliśmy to na własne oczy. Warunki były wręcz spartańskie” – dodała.

„Wtedy też dowiedziałam się, że on w ogóle nie był w szpitalu. Zadzwoniłam do niego. Mówił: Już jest lepiej, ale jeszcze jadę do Kaga-Bandoro, jeszcze nie mogę wrócić. Przekonywałam go: Tadziu, lekarze zalecają co innego. Ale on miał swoje plany. Jeszcze przed świętami dzwonił, że tydzień po świętach przyjedzie do Europy. Nawet powiedział mi, co mam mu spakować do szpitala” – relacjonowała, przywołując wielkanocny poranek 31 marca 2024 r.

„Wcześnie rano zadzwonił ojciec Dymitr: Tadziu nie żyje. To był dla mnie szok. Ale zaraz potem w mojej głowie pojawiło się następne pytanie – po świętach do ojca Dymitra: Jedziesz na pogrzeb? Bo ja jadę. Dla mnie to było oczywiste. Jeszcze nie wiedziałam, jak to wszystko zorganizować – bo pieniądze to nie wszystko, trzeba załatwić formalności, bilet, wizę… Ale udało się” – stwierdziła.

„Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam być na tym pogrzebie. To były wielkie emocje. Śpiewy w kościele – piękne, ale tam, wśród tych ludzi, jeszcze bardziej poruszające. Były tłumy. Widać było ich wiarę. Dawali świadectwa. Pamiętam, jak wypowiadał się pewien pan z Trzeciego Zakonu. Wspominał spotkanie, na które zaprosili biskupa na posiłek. Przygotowano dla niego osobny stolik, a on powiedział: Nie, ja będę siedział z wami. Dlaczego osobno? Taki był” – zaznaczyła.

„Pamiętam jeszcze jedno. Gdy wyjeżdżał po raz pierwszy do Zairu, nasza mamusia bardzo to przeżywała. Płakała i mówiła: Tadziu, a co będzie, jak tam umrzesz? A on się uśmiechnął i powiedział: Mamusiu, no to mnie tam pochowają. I tak się stało”– przyznała.

Postać Tadeusza Kusego z czasów dzieciństwa przybliżyła elżbietanka s. Cyryla:

„Nie tylko ja go pamiętam – jest nas więcej, grupa osób, które znały go jeszcze z czasów szkolnych, gdy mieszkał niedaleko klasztoru. Jego rodzice mieli tam służbowe mieszkanie, ale po lekcjach nie wracał od razu do domu. Najpierw przychodził do nas. Mówił: „To jest mój drugi dom.” I rzeczywiście, tak było” – przyznała.

„Przychodził, rozmawiał z siostrami, jadł obiad, ale zaraz potem pytał: A co dzisiaj robicie? Co robicie w ogrodzie? W tamtym czasie miałyśmy gospodarstwo, więc chętnie pomagał – pracował razem z nami. Zawsze panowała przy tym radosna, ale i pracowita atmosfera. Bywał zmęczony, ale nigdy się nie skarżył. Gdy obowiązków było mniej, znajdował czas na rekreację – grał z nami w piłkę” – powiedziała.

„Był bardzo pogodny, a jednocześnie obowiązkowy. Po południu wracał do domu, żeby się uczyć, ale niemal codziennie służył do Mszy. Zawsze przychodził wcześniej – był pierwszym ministrantem. Pod chórem stała mała ławeczka. My modliłyśmy się na chórze, a on klęczał tam, skupiony na adoracji. Jego pierwsze kroki po przyjściu do nas zawsze prowadziły do kościoła, do kaplicy. Wtedy drzwi były otwarte – zresztą są do dziś – i on tam, cicho, w skupieniu, modlił się. Widać było, że jego życie jest całkowicie zanurzone w Bogu. Był pobożny i rozmodlony” – podkreśliła.

„Kiedy został klerykiem, nadal nas odwiedzał. Nawet w czasie pobytu na placówkach misyjnych zdarzało mu się wpaść choć na chwilę. Pamiętam, jak kiedyś, gdy byłam w Miotku, chodził z nami do lasu na jagody. Był częścią naszej wspólnoty, niemal we wszystkim – a przede wszystkim w modlitwie” – opowiedziała.

„Wiedział, że się za niego modlimy, i zawsze o to prosił. Gdy został kapłanem, odwiedzał nas, odprawiał Msze św., służył, jak tylko potrafił. Najbardziej budowała nas jednak jego wiara – wielka, niezachwiana. Na pewno wyniósł ją z domu rodzinnego, od swoich pobożnych rodziców, zwłaszcza od mamy. Był nam bardzo bliski. Cieszyłyśmy się z każdej jego wizyty, z każdej wspólnej modlitwy” – dodała.

Bp Pindel przyznał, że poznał biskupa Tadeusza dopiero w 2014 roku na specjalnej szkole dla nowych biskupów w Rzymie. „Od tego pierwszego spotkania jakoś bardzo mogliśmy nawiązać ze sobą kontakt, który trwał do granic możliwości, do końca” – powiedział biskup.

Przełożony katowickiej prowincji franciszkanów tłumaczył, że postawa bp. Kusego przejawiała się w radykalizmie ewangelicznym.

„Za każdym razem, gdy przyjeżdżał do Polski na dłuższy lub krótszy urlop, przeżywał go nie tylko z rodziną, ale także z braćmi. Za każdym razem był w klasztorach, za każdym razem uczestniczył w życiu braci i w tym czasie był dyspozycyjny do rozmów, do świadectwa, do dzielenia się w tym kluczowym byciu dla drugiego człowieka. To był jego urlop, a mimo tego pozostał bratem dla wszystkich i dla każdego” – podkreślił o. Witosław Sztyk OFM.

„Gdy dowiedzieliśmy się, że biskup jest chory, z Dymitrem, ale głównie z Kordianem, który jest misjonarzem, zrobiliśmy wszystko, żeby ściągnąć go do Polski – zorganizowaliśmy samolot, pobyt w szpitalu i odpowiednie badania. Natomiast wtedy uderzyło mnie to, że on za wszelką cenę chciał zostać. Nie byliśmy w stanie go przekonać, że może podreperować zdrowie, że wróci, że będzie służył. I chcę powiedzieć, że miałem w sobie takie dziwne uczucie, że coś tu nie gra. Dopiero po czasie, przez modlitwę i pogłębioną refleksję, również po naszej ostatniej wizycie z Witem w Boliwii, gdzie spotkaliśmy innych starszych misjonarzy, dotarło do mnie, że misjonarz chce umrzeć wśród ludzi, z którymi pracuje. To poświadczył tym, że chciał umrzeć w swojej diecezji, nawet nie pośród braci, tylko w swojej diecezji” – zaznaczył.

Moderatorem wieczoru wspomnień w Domu Narodowym był o. Andrzej Trzęsicki OFM.

Za: www.diecezja.bielsko.pl

Wpisy powiązane

„Antiqua et nova” po polsku – prezentacja watykańskiego dokumentu o AI

Czy 6 dni może uleczyć traumę? – program „Od Łez do Łaski”

Warszawa: Bogdan Rymanowski spotkał się z uczniami liceum sióstr nazaretanek